Pomarańczki komisarza Montalbano. Andrea Camilleri.

Kultura

22 lipca 2025


W klubie włoskiej książki:

Andrea Camilleri, Pomarańczki komisarza Montalbano.
Zbiór opowiadań o śledztwach i dochodzeniach komisarza Montalbano.
Oficyna Literakca Noir sur Blanc


Pomarańczki komisarza Montalbano.




Pomarańczki komisarza Montalbano
to zbiór krótkich, przepełnionych pogodnym humorem historii o komisarzu Montalbano, z których każda opowiada o pewnej zagadce kryminalnej i przedstawia drogę wiodącą do jej rozwiązania.

I jest ten zbiór opowiadań niezwykły jak sznur pereł, a każda z nich jedyna w swoim rodzaju i urzekająca, o idealnym kształcie, o doskonałej, zamkniętej formie - nic dodać ani ująć.

Opowiadania są krótkie i niezwykle skondensowane, napisane jednak z mistrzowską prostotą.
Jestem pod wrażeniem kunsztownego pióra Camilleriego… Jak świetnie trzeba panować nad językiem i nad własnym twórczym zamysłem, aby w krótkich tekstach móc opowiadać całe skomplikowane historie kryminalne - i aby czytelnik wszystko to, o czym w tekście nie było mowy (opowiadanie - mało słów) był w stanie po prostu sobie dopowiedzieć.

Cóż za mistrzowska, skondensowana forma! Tyle się dzieje na jednej stronie, zanim ją przewrócisz i wpadniesz w wir następnej - a mimo to w niczym się nie gubisz, nic ci nie umyka, nie mylą ci się postacie, nie potrzebujesz cofać się, aby o czymś sobie przypomnieć.
Lekkość i prostota narracji budzi tym większy podziw, że opowiada tak o rzeczach powszednich, jak i mrocznych. Wiadomo, że żadna z nich nie znosi lekkości - ta pierwsza: "banalna codzienność", robi się wtedy nudna, a ta druga: "mroczna strona rzeczy", opowiedziana na sposób pogodny, bywa po prostu nieprawdziwa.
Ale nie u Camilleriego.
Tu portret obu aspektów rzeczywistości jest poruszający i zapada w pamięć.



Nieistniejące miasteczko Vigàta.

Uważny czytelnik szybko spostrzeże, jak niezwykłe wrażenie przynosi ta lektura, jakie niecodzienne uczucie wywołuje - czegoś nierealnego, na wpół baśniowego, rytualnego. 

Nieistniejące miasteczko Vigàta, z nieistniejącą - a wszak precyzyjnie obecną - najbliższą okolicą, jak Montelusa czy Marinella - to świat w miniaturze, który rządzi się własnym rytmem.
Miejsca te są fikcyjne, ale osadzone w bardzo realnym kontekście geograficznym, kulturowym i językowym Sycylii. Wszystkie trzy tworzą razem świat Montalbana, który - choć zmyślony - daje silne wrażenie realności, jakby miejsca te istniały tuż za rogiem, wystarczy wysiąść z autobusu w Agrigento, Punta Secca czy Porto Empedocle.

Miasteczko i okolice to scena, gdzie rozgrywają się rytuały: śledztwa, obiady, spacery, konflikty, czas płynie inaczej: jest cykliczny, rytmiczny, a zagadki kryminalne - oparte w dużej mierze na ludzkich dziwactwach i przywarach - przypominają, że za fasadą rutyny i obyczaju czai się ludzka słabość, czasem śmieszna, czasem tragiczna.

Mikroświat działa jak mitologiczna wioska, w której komisarz i jego świta przywracają porządek po każdym zaburzeniu, choć niestety nie zawsze w pełni. Próby wyznaczenia granicy między dobrem i złem, jakie stają się codziennym zmaganiem komisarza Montalbano, nadają jego działaniom wymiar etyczny i niemal egzystencjalny - jakby każda sprawa była ćwiczeniem z człowieczeństwa i z naprawiania świata.

Fascynujące, jaki świat wyłania się z tych opowieści…



Pierwiastek komiczny historii o Montalbano.
A także ten tragiczny.

Camilleri jest mistrzem tego, jak ograć komicznie każdą, najbanalniejszą nawet sytuację.
Lektura tych opowiadań utkana jest ze scenek i wiele z nich celowo utrzymanych jest w komicznej konwencji i dosłownie “ogrywanych” aktorsko przez fikcyjne postacie bohaterów. Ten charakterystyczny, jedyny w swoim rodzaju komizm teatralny, rozpięty między gestem a słowem, przywodzi na myśl czystą improwizację.

Mistrz Camilleri uwielbiał wyposażać swoje postacie literackie w cały komediowy arsenał środków - od gestów i rekwizytów, poprzez absurdalne reakcje, aż po kulminację w dialogach rodem z farsy lub błazenady. 
Te najsmakowitsze "środki i rekwizyty" to oczywiście język Catarelli, ironia komisarza oraz - co tu dużo mówić - cannoli siciliani, czyli sycylijskie rurki z kremem, waluta przetargowa w sarkastycznych negocjacjach z niezapomnianym doktorerm Pasquano.

O ludziach przewijających się przez kolejne sprawy kryminalne Montalbana myślimy często, że to dziwolągi: mają swoje dziwaczne pomysły, śmieszne cechy, przyzwyczajenia i rytuały, i bywa, że te dziwaczne, groteskowe strony ich osobowości dominują nad całą resztą. 
Ale w świecie Camilleriego to jest w porządku, i to nie jest złe.



Montalbano i naprawianie świata.

Bo to, co prawdziwie “złe”, dochodzi do głosu tylko wtedy, gdy ludzie zmieniają się w bestie, w zwyrodnialców. I bywa, że komisarz spotyka się oko w oko ze Złem - Złem, które nie daje nadziei. 
Niekiedy to właśnie ludzie są tym Złem - jak ów człowiek, który dla mafii zabija dziecko i mówi o tym z pogardą, i śmieje się przeraźliwie…
Komisarz rozpoznaje owo nieludzkie Zło od razu - po cynicznym, przerażającym, złowrogim śmiechu.
Bowiem w świecie komisarza Montalbano nierzadko to śmiech najwięcej mówi o człowieku.


Na kartach jednego z opowiadań ze zbioru "Pomarańczków..." wydarza się dziwna, jak na fikcję literacką, rzecz: Montalbano, fikcyjna postać literacka - odmawia…
Dzwoni do autora historii o sobie samym - i odmawia. 
Odmawia udziału w historiach epatujących przemocą, przedstawiających drastyczne, szokujące sceny jatki.

„Montalbano odmawia” to mały literacki majstersztyk, bo Camilleri tworzy tu metafikcyjną scenę protestu, w której bohater zrywa swój związek nie tylko z fabułą, ale z samym pisarzem i jego warsztatem. To bunt przeciwko przesadzie, złemu smakowi i przeciw literaturze, która przekracza granice w imię sensacji.
Klucz do tego tekstu jest oczywisty: celowe eksponowanie makabry nie mieści się nie tylko w granicach dobrego smaku, ale i pewnej literackiej uczciwości twórcy, za jakiego uważał się i jakim był Camilleri.

Camilleriemu zarzucano, że jest pisarzem łatwym i że opowiada ckliwe, pogodne historyjki.
Odpowiedzi na te zarzuty Camilleri udzielił właśnie w tym opowiadaniu: ktoś, kto tak mówi, nie rozumie, o co w historiach o komisarzu Montalbano chodzi.
Świat nie jest bez skazy, a ludzie nie są doskonali.
Świat komisarza Montalbano to dwa nieodłączne bieguny - jak światło i cień, jak recto i verso kartki papieru.
Te dwie „twarze wszystkiego” miewają cechy komedii i tragedii - i są to dwie strony jednej i tej samej rzeczy, a mianowicie kondycji ludzkiej.
Camilleri podchodzi do tej prawdy z szacunkiem, z miłością, a co za tym idzie - także z wyrozumiałością: tak dla ludzkich tragicznych błędów i nieszczęść, jak i dla słabości, dziwactw i śmiesznostek.
A modna, komercyjna estetyka przemocy - zdaniem Camilleriego - nigdy tych najważniejszych dla człowieka spraw nawet nie dotknie, a tym bardziej nie będzie w stanie o nich opowiedzieć.
Dlatego epatowanie okrucieństwem w sztukach pięknych uważa Camilleri za jałowe, nieuczciwe... i wręcz niebezpieczne.

O świecie ludzkim Camilleri woli opowiadać stawiając sobie poprzeczkę znacznie wyżej - a mianowicie: zakładając rzeczywistości tradycyjne, artystycznie sprawdzone maski - takie jak metafora, groteska, parabola, baśniowość, cudzysłów, symbol…



Bo tak się należy.

Komisarz Montalbano uosabia wszystkie te wartości, które stanowią najważniejsze wyznaczniki człowieczeństwa - i które jednocześnie stają się kluczowymi momentami kolejnych historii: odpowiedzialność za swoje czyny, trafne rozróżnienie między dobrem a złem, stawanie po stronie skrzywdzonych oraz - chyba najważniejszy z nich - moralny obowiązek naprawiania świata.
Montalbano nie jest w stanie cieszyć się życiem, dopóki nie dopełni tego moralnego obowiązku - tak, jak potrafi najlepiej.

I on, komisarz, będzie się mógł rozkoszować pomarańczkami nie tylko dlatego, że okażą się niebiańsko dobre, ale także dlatego, że będzie w zgodzie ze swoim sumieniem gliniarza.
str. 307





Arancini siciliani, czyli tytułowe "pomarańczki".

Tradycyjna potrawa regionalnej kuchni sycylijskiej i ulubiona przekąska komisarza Montalbano.
Są to kulki ryżowe z nadzieniem (np. mięsnym, serowym i warzywnym), panierowane i smażone na złoto, podawane jako przekąska lub danie uliczne.
Nazwa "arancini" pochodzi od włoskiego słowa "arancia" – pomarańcza, ponieważ te sycylijskie kulki ryżowe mają kształt i kolor przypominający właśnie małą pomarańczę (zwłaszcza po usmażeniu na złoto).
We wschodniej Sycylii (np. w Katanii) często mówi się "arancino" (rodzaj męski, liczba pojedyncza), a na zachodzie (np. w Palermo) – "arancina" (rodzaj żeński). Spór o właściwą formę jest na Sycylii prawie tak gorący jak sama potrawa.
😊




--------------------

Vigàta invisibile di Montalbano.
Niewidzialna Vigata Montalbana.


Lektura “Pomarańczków komisarza Montalbano” jest naprawdę niecodzienna.
A wziąwszy pod uwagę fikcyjność Vigàty i wrażenie obcowania z czymś nierzeczywistym - nie mogłam oprzeć się skojarzeniu z legendarnymi "Niewidzialnymi miastami" Italo Calvino.
I choć Vigàta Camilleriego nigdy nie była jednym z tych wyimaginowanych miast Calvina, to przecież mogłaby być...
Więc wyobraziłam sobie, że jest. 
--------------------

Jeśli będziesz uważnie przewracać kartki słynnych „Niewidzialnych miast” Italo Calvino, może trafisz na rozdział, którego tam nigdy nie było, bo - jak powiadają - Calvino napisał go niewidzialnym atramentem.
To rozdział o Vigacie - miejscu, które istnieje tylko wtedy, gdy ktoś je sobie wyobraża.
Wyobraził je sobie, ożywił i zaludnił Andrea Camilleri.

Kto chciałby posmakować Vigaty w najczystszej postaci, niech sięgnie po „Pomarańczki komisarza Montalbano” - zbiór miniatur literackich, w którym Camilleri zebrał esencję tego, co w historiach o Montalbano najcenniejsze: czułość, ironię i moralny niepokój tej wyobrażonej rzeczywistości.


…ale wróćmy do nieistniejącego rozdziału z “Niewidzialnych miast”. Mógłby brzmieć na przykład tak:


- Opowiedz mi o mieście, gdzie wszystko jest na swoim miejscu, a jednak nic nie jest tak, jak się wydaje - poprosił Chan.
- To Vigata, panie mój - odparł Marco Polo. - Miasto, które rodzi się codziennie na nowo w oczach jednego człowieka, komisarza Montalbano.
Tam zbrodnie są jak senne mary - nie zawsze wiadomo, czy naprawdę się wydarzyły, a jednak ktoś zawsze za nie płaci.

Gdy tam dotrzesz, miasto nie ukaże ci się od razu: z początku wyda się zwykłym miasteczkiem przy morzu, z krętymi uliczkami, kwadratowym placem przed komisariatem - i z komisarzem, który codziennie zajada się świeżą rybą i parmigianą.
Ale jeśli pozostaniesz tam dłużej, odkryjesz, że to miasto przemawia szeptem – nie do ucha, lecz do sumienia.

W mikroświecie Vigaty ślady nie znikają, lecz “prowadzą” - tak, jakby brukowane drogi znały już kierunek śledztwa, zanim zostanie wszczęte.
Czas nie płynie tu w linii prostej, lecz w spiralach: każdy dzień przynosi powtórzenie i nowe olśnienie, a prawda bywa ukryta w spojrzeniu dziwnego człowieka spacerującego przy plaży, w grze w trzy karty na molo, w tragikomedii odgrywanej przez dwoje sędziwych aktorów albo w złym śmiechu złoczyńcy.

Vigata ma bowiem dwie twarze śmiechu: jedną – jaskrawo pogodną, jak poranna kawa z rogalikiem albo jak dziwactwa jej mieszkańców, drugą – gorzką i upiorną jak śmiech tego, kto zniszczył życie niewinnego dziecka i nie pojął własnego.

Miasto to zna ciężar wyborów: kto tu mieszka, ten każdego dnia decyduje, kim jest i co wybacza. Ale nie pytaj nikogo o dobro i zło – odpowiedzią będzie opowieść długa jak czas przed wschodem słońca nad morzem - jak ta o ojcu złego syna.

- Czy wobec tego mieszkańcy są szczęśliwi?
- Nie wiem. Ale jest z nimi komisarz, dla którego naprawianie świata to moralny obowiązek. Bo tak się należy.

- Czy można tam dotrzeć bez mapy?
- Chyba tak, choć przydaje się pewna dziwna busola, wcale nie geograficzna…  Vigata unosi się na brzegu wyspy i zarazem w głębi człowieka – jakby była miejscem, gdzie świat ludzki opowiada sam o sobie, w ciągłej próbie zrozumienia samego siebie.

- A gdyby nagle zniknął człowiek, który je sobie wyobraża?
- Wtedy Vigata zamknie się jak książka. 


Podobne artykuły